Czerniki. Znicze przed domem, w którym mordowano noworodki
- Ludzie ciągle stawiają znicze pod domem - mówi młoda kobieta. - I pewnie będą stawiać póki dzieci nie zostaną pochowane. Słyszałam gdzieś, że jest już po sekcji, ale nasz ksiądz z parafii w Starych Polaszkach, gdzie należą Czerniki, jeszcze w niedzielę nie ogłaszał terminu. A tu właśnie ma odbyć się pogrzeb, na cmentarzu, gdzie leży ich babcia.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Czerniki: Martwe noworodki znalezione w domu. Ojciec i córka w areszcie
Mężczyzna, który przed laty sprowadził się z rodziną do Czernik z Gdańska, był ojcem 12 dzieci. W tym czterech córek. Jego żona zmarła przed 15 laty - jak sugerują dziś sąsiedzi w nie do końca jasnych okolicznościach - a on od tamtej pory twardą ręką rządził domem.
Już w 2011 r. , po doniesieniach sąsiadów, Piotrem G. zainteresowała się kościerska prokuratura. Świadkowie zeznawali, że mężczyzna utrzymuje kontakty kazirodcze z jedną z córek, która miała być w ciąży.
- Nie było jednak konkretnych dowodów - twierdzi dziś mieszkanka gminy Stara Kiszewa. - Plotki, oczywiście, krążyły, sprawa od lat była znana, ale nikt przecież nikomu pod łóżkiem nie siedzi. O pierwszej ciąży Pauliny też nikt nie wiedział. Przez pandemię ludzie zamknięci byli w domach, jakoś udało się jej to ukryć. Dopiero gdy poszła do pracy w cukierni w Starej Kiszewie, współpracownice zorientowały się najpierw, że jest w ciąży, a potem, że ciąża zniknęła. Informacja trafiła do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, a stamtąd na policję.
CZYTAJ TEŻ: Dom zły w Czernikach. Wszyscy wiedzieli, ale nikt "pod łóżkiem nie leżał"
O pierwszej ciąży Pauliny też nikt nie wiedział. Przez pandemię ludzie zamknięci byli w domach, jakoś udało się jej to ukryć. Dopiero gdy poszła do pracy w cukierni w Starej Kiszewie, współpracownice zorientowały się najpierw, że jest w ciąży, a potem, że ciąża zniknęła.Informacja trafiła do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, a stamtąd na policję
Przed dwoma laty, co ujawnili reporterzy TVN, udało się uciec z domu w Czernikach niepełnosprawnej córce Piotra G. Dostała wsparcie ks. Czesława Marchewicza w Osadzie Burego Misia, któremu opowiedziała o przemocy, biciu, głodzeniu przez ojca. Według Katarzyny większość dzieci codziennie jadała jedynie ryż lub zimną kaszę. Równie źle był traktowany 24-letni niepełnosprawny syn, który do końca mieszkał z ojcem i Pauliną. Rodzina miała też założoną Niebieską Kartę, a wcześniej prokuratura prowadziła przeciw G. sprawę o przemoc domową. Skończyło się na ograniczeniu władzy rodzicielskiej.
- Większość dorosłych dziś dzieci tego potwora została skrzywdzona - uważa moja rozmówczyni, która zetknęła się z jedną z córek G. - Aż trudno sobie wyobrazić, jak odbiło się to na ich psychice. Dlatego nie powinniśmy dziś myśleć jedynie o ukaraniu winnych i pogrzebie zamordowanych przez G. niemowląt, ale także o wsparciu psychologicznym członków rodziny, których dotknął ten koszmar.
Piotr G. i Paulina G. zostali aresztowani na trzy miesiące. Grozi im dożywocie.
Napisz komentarz
Komentarze